📅 3 grudnia — Pierwszy wpis z Ugandy
Cześć, tu Marek. Gdyby ktoś mi kilka lat temu powiedział, że zamienię zasypany śniegiem Gdańsk na palącą afrykańską ziemię, uznałbym to za objaw chwilowego braku tlenu w mózgu. A jednak siedzę teraz na drewnianym stołku przed małą wiatą w Mbale, a powietrze pachnie świeżo palonym Bugisu tak intensywnie, że czuję je aż w kościach.
Piszę ten pierwszy wpis jako producent kawy Lunarro, choć jeszcze niedawno byłem po prostu chłopakiem z Polski, który wiedział tylko, że kawa ma dwie funkcje: budzić i przyspieszać życie. Uganda nauczyła mnie, że to nieprawda — kawa tu nie budzi. Ona opowiada.

Bugisu i Masaka — dwie historie w jednym kubku
Od miesięcy jeżdżę między wzgórzami Bugisu i regionem Masaka, gdzie rośnie robusta tak mocna, że mogłaby wskrzeszać zmarłych.
Arabica Bugisu dojrzewa wysoko, na zboczach Gór Elgon — tam, gdzie chmury obcierają się o drzewa, a ludzie chodzą tak powoli, jakby każdy krok był świadomym wyborem. Kiedy pierwszy raz podniosłem do ust kubek lokalnego parzenia, miałem wrażenie, że ziemia pod mną drgnęła.
Robusta z Masaki to inna bajka. Cięższa, gęsta, trochę jak noc w dżungli — czarna, głośna, pełna życia, którego nie widzisz, ale czujesz, jak łazi ci po karku.
Szukając ziemi, znalazłem… coś więcej
Ostatnio ruszyłem w teren, by znaleźć kawałek ziemi pod przyszłą uprawę Lunarro. I powiem tak: w Ugandzie ziemi się nie szuka.
Ziemia znajduje ciebie.
Przewodnik, stary facet z twarzą jak mapa Afryki, powiedział mi:
„Mzungu, jak ziemia będzie chciała, to cię zawoła.”
Brzmiało to jak cytat z taniego filmu, dopóki nie zobaczyłem tamtego miejsca.
Zbocze pokryte dzikimi bananowcami, strumień wijący się jakby leniwie chciał zapomnieć, dokąd płynie, i cisza — taka, która w Europie już dawno umarła.
Może to tam stanie plantacja Lunarro. A może jeszcze nie. W Ugandzie nic nie jest pewne poza słońcem i zapachem dymu z palonych ziaren.

Weronika i dzika Uganda
Od miesiąca jest tu ze mną Weronika. Przyleciała pewnego popołudnia, wysiadła z samolotu, spojrzała na mnie i na to afrykańskie powietrze, które pachnie kurzem, mango i czymś zupełnie nieznanym, i powiedziała:
„Marek, ty chyba zwariowałeś, naprawdę tu mieszkasz?”
A teraz śmieję się, bo to ona budzi mnie o piątej rano i ciągnie na kolejne wyprawy:
🦋 za motylami w Mabira Forest,
🐘 na gwizd słoni w Queen Elizabeth National Park,
🔥 i za smakiem lokalnej kawy w każdej wiosce, której nazwy nawet nie potrafię powtórzyć.
Uganda wciągnęła ją jak dobrą książkę — tą, którą człowiek chce czytać powoli, ale jednak bez przerwy przewraca strony.
Dlaczego to piszę?

Bo Lunarro to nie jest tylko marka. To historia o ziemi, która pachnie deszczem, o ludziach, którzy śmieją się całym ciałem, o kawie, która rośnie tam, gdzie świat jest jeszcze prawdziwy.
I o tym, jak Polak z plecakiem i dziewczyną pod pachą próbuje odnaleźć swoje miejsce między arabiką Bugisu a robustą Masaka. Już niedługo wrzucę kolejny wpis z naszych przygód.

Ściskamy Was mocno – Wera i Marek

